sobota, 09 stycznia 2010
Już od dłuższego czasu zbierałam się aby napisać recenzję obu czytników. Choć ich bezpośrednie porównanie nie jest do końca możliwe ponieważ na Kindle nie ma książek po polsku, a w eClicto po angielsku – można jednak pokusić się o rzut oka na oba rozwiązania. Od razu zaznaczam, że Kindla kupiłem sam z własnej woli, a eClicto udostępnił mi Kolporter do testów (czytnik zwracam). Tutaj są pierwsze wrażenia z zakupu Amazon Kindle i zdjęcia. iPhone, eClicto i amazon Kindle 6'' Generalne wrażenie dotyczące samych urządzeń są takie, że eClicto znacząco ustępuje Kindle pod względem jakości wykonania. Amazon Kindle trzymany w rękach od razu budzi zaufanie: obudowa wykonana z tworzywa wysokiej jakości, a tył z metalu. Nawet kilka upadków czytnika nie powinno mu zaszkodzić. Niestety tego samego nie da się powiedzieć o eClicto – niestety urządzenie prezentuje się dosyć mizernie. Tworzywo z którego wykonano czytnik jest podatne na wygięcia, samo urządzenie jest znacznie lżejsze, a naciskając ręką lub palcami obudowa ugina się. Nie próbowałem, ale upadek z biurka niewątpliwie zakończyłby żywot eClicto. Niestety sposób wykonania nie budzi zaufania i jest niskiej jakości. Myślę, że jakość i trwałość ma duże znaczenie jeśli z założenia urządzenia te mają charakter przenośny i dedykowane są do wielokrotnego użytku. eClicto jest za to, co najmniej o połowę lżejszy, co może być zaletą podczas trzymania urządzenia podczas czytania.
Czytnik eClicto (foto: eclicto.pl) Kolejna generalna opinia dotyczy stabilności działania urządzeń i czasu życia baterii. Pod tym względem eClicto również ustępuje znacząco Amazon Kindle. Podczas kilkunastu godzin korzystania z obu urządzeń – może za dwa razy podłączałem Kindle do komputera w celu ładowania. Podczas korzystania z Kindle w ogóle nie występuje problem wyczerpywania się baterii. W przypadku eClicto trzeba mieć stale w zasięgu gniazdko z zasilaniem ponieważ nawet 2h korzystania (czytania) potrafi rozładować urządzenie. Ponadto kabel zasilacza sieciowego mógłby być dłuższy ponieważ osoby, które dużo czytają (np. więcej niż 2h za jednym razem) mają istotny problem z zasilaniem urządzenia podczas czytania – kabel zasilacza jest zbyt krótki. Dodatkową wadą urządzenia jest częste zawieszanie się (1-2 razy na sesję czytania książki), co wymusza na użytkowniku konieczność „twardego” resetu sprzętu. eClicto ma tendencję do zawieszania się zwłaszcza przy niskim stanie baterii. W przypadku Kindle nigdy nie spotkałem się z problemem „zawieszenia” urządzenia. Trzecią i najbardziej istotna różnicą pomiędzy urządzeniami jest niemożność kupowania książek w eClicto z poziomu urządzenia – chcąc nabyć nową pozycję trzeba podłączyć się kablem do komputera z dostępem do sieci i zainstalowaną aplikacją eClicto. Oznacza to ni mniej ni więcej, że cały czas trzeba mieć przy sobie notebooka i dostęp do sieci. W Kindle, nawet w Polsce można wejść w opcję „Shop In Kindle Store” i po prostu wybrać sobie coś z księgarni. Podsumowując obszary, które można w urządzeniach w mojej ocenie bezpośrednio porównać wynik 3:0 na rzecz Kindle. W tym miejscu zaczynają się jednak już różnice w podejściu do oceny urządzeń i usług przez nie oferowanych. Co oferuje Kindle i eClicto:
Choć jak wynika z powyższego wpisu czytnik eClicto znacząco ustępuje pod względem funkcjonalnym, jakościowym oraz oferty Kindle to i tak w moim odczuciu stanowi przełom na rynku wydawniczym w Polsce. Niewątpliwie Kolporter ma dużo pracy przed sobą i to zarówno w obszarze udoskonalania samego urządzenia, oprogramowania jak i rozbudowy oferty czytelniczej. Na pewno zaletą była by analogiczna do Kindle możliwość kupowania gazet i czasopism (choć należy przyznać że w ofercie Amazon nie ma jeszcze zbyt dużego wyboru tego typu pozycji, a dużo zależy w tym zakresie nie od dystrybutorów, a od wydawców). W moim odczuciu niezwykle istotnym jest „odcięcie” czytnika od komputera, tak aby urządzenie mogło funkcjonować niezależnie (możliwość kupowania książek z poziomu readera), choć nie jest to warunek konieczny dla sukcesu przedsięwzięcia (to raczej kwestia przyszłości). Dzisiaj eClicto to nowy sposób czytania i dostępu do książek, ale wciąż oznacza on przywiązanie do konkretnej lokalizacji. E-book w obecnym polskim wydaniu polega na czytaniu elektronicznych stron już nie na ekranie komputera, ale na dedykowanym wyświetlaczy na fotelu w salonie i to należy uznać za istotną zmianę. I choć komfort czytania nie jest jeszcze porównywalny z tradycyjną książką (zbyt mały kontrast, a ekran pomimo matowej powierzchni i tak odbija światło od lampki) eClicto ma swoje zalety. Szybkość działania jest zadowalająca, a zapamiętywanie miejsca odłożenia e-booka pozwala czytać kilka tekstów jednocześnie. Można również dostosować wielkość czcionki do wymagań odbiorcy. Urządzenie jest raczej łatwe w obsłudze i lekkie (co jednak odbija się na trwałości czytnika). Generalna ocena eClicto jak na mój gust, biorąc pod uwagę, że to pierwsza wersja urządzenia to 3+ (w starej skali szkolnej – od 2 do 5). Na zakończenie wspomnę tylko o tym, że strona internetowa eClicto nie obsługuje przeglądarki Google Chrome (screen) oraz to, że dział PR Kolportera podczas kontaktów ze mną w sprawie testów eClicto postępował według wszelkich reguł sztuki ,co się chwali bo to wciąż rzadkość na naszym rynku. Pierwszy raz zdarzyło mi się recenzować cokolwiek, ale zrobiłem to dlatego, że temat interesuje mnie od dawna.
P.S. Jak widać poniżej z FF też sobie strona eClicto nie radzi ;]
piątek, 18 grudnia 2009
W tym roku w nieco innej formie. Jednak zdecydowałam się w taki właśnie sposób podsumować rok, ponieważ rzadko kiedy powracamy tak naprawdę do informacji z początku czy połowy roku, a po drugie wydaje mi się, że warto utrwalić cześć opinii rynkowych wygłoszonych w A.D. 2009, bez względu czy są zgodne z pierwotnym założeniem autora ;D Tak czy inaczej starałem się odzwierciedlić w poniższym zestawieniu przede wszystkim atmosferę polskiej branży online - taką jaka jest ;) Zatem znajdziecie tam wszystko co z jakiegoś powodu wydało mi się istotne. Nawet jeśli na pierwszy rzut oka tak nie wygląda. Koniec roku sprzyja rozmyślaniom i myślę, że mały dystans do mijających miesięcy wszystkim nam się przyda. Zwłaszcza, że jak sądzę wszystkie media branżowe podejdą do tematu typowo, publikując wypowiedzi gadajacych głów. Zresztą znaczna część tych cytatów pochodzi z mediów branżowych właśnie, zatem to również podsumowanie dla tego, co wytworzyły w mijającym roku... Enjoy. Złotousci czyli Posumowanie Roku 2009
View more presentations from Dominik Kaznowski.
środa, 16 grudnia 2009
Właściwie to tak zwana ustawa hazardowa powinna zmienić nazwę na ustawę internetową. A raczej ustawę o ograniczeniu praw obywatelskich. Bo w istocie takie zmiany są obecnie szykowane w polskim prawie. I do tego bez żadnych konsultacji społecznych, bez zaciągnięcia opinii organizacji branżowych i społecznych, a sama nowelizacja jest pisana po nocach, publikacja w Dzienniku Ustaw odbywa się z piątku na poniedziałek. Czy czegoś Wam to nie przypomina? Teraz możecie jeszcze spokojnie komentować na tym blogu. Jednak już za parę miesięcy może się okazać, że jak mój wpis, albo Wasz komentarz nie spodoba się jakiemuś urzędnikowi to może żądać od właściciela tej platformy, czyli Agory ujawnienia kim jesteście, co komentowaliście, kiedy, jakie strony odwiedzacie. Jeśli to im nie wystarczy, poproszą o wasze maile. Bez zgody sądu. Nawet nie będziecie o tym wiedzieć. A i zapomniałem dodać, że będzie się to odbywać poza jakąkolwiek kontrolą. Przypomina mi się Monthy Python. A może zapomniałem co to znaczy „partia liberalna”? W każdym razie obecna ekipa ma duże szanse w branży kabaretowej. Właściwie to nie chce mi się o tym pisać. Przypomnę tylko jak rząd Tuska traktuje internautów, wnioski możecie sobie sami wyciągnąć, przy okazji kolejnej kampanii wyborczej. Pokazuje to stan mentalny polskich polityków. Z sieci korzysta ponad połowa Polaków i niemal wszystkie polskie firmy. Najlepiej to wszystko, co zbudowali sami internauci i przedsiębiorcy wyrzucić do kosza. Mamy przecież za mało problemów ze strony Państwa w rozwoju nowych technologii i nowoczesnego biznesu w Polsce - trzeba dołożyć nowe. Ale dzięki temu nowymi Chinami nie będziemy, no chyba, że w obszarze cenzury.
Podsumowując całą sytuację można tylko tak (bardzo bliskie moich wyobrażeń o korytarzach Rady Ministrów):
poniedziałek, 07 grudnia 2009
W nawiązaniu do poprzednich dyskusji o PR postanowiłem zapytać o szerszą opinię kilka osób z rynku, nazwijmy go - komunikacyjnego. Starałem się również "zaszyć" w pytaniach tezy, które pojawiały się zarówno we wpisach jak i komentarzach. Poniżej przedstawiam opinię dwóch pierwszych osób. Tomasz Wiaderek „Media i Marketing Polska” DK: Co pan myśli o PRowcach? TW: Zbyt ogólne pytanie. PR-owcy dzielą się na myślących i niemyślących, natrętnych, nawet (sic!) agresywnych oraz takich, z którymi zawsze można się dogadać. Przychodząc do redakcji "M&MP" nie spodziewałem się, że jest ona aż tak bombardowana mailami i telefonami od PR-owców. Ten PR-owy atak na pewno mnie do nich zniechęca, bo zbyt często tematy, którymi żyją nie mają nic wspólnego z tym co dzieje się na rynku. Przykład? Choćby "augmented reality". Dla mnie jako dziennikarza branżowego temat augmented reality może być naprawdę ciekawy dopiero wtedy, kiedy klienci będą za to płacić, kampanie będą się na tym opierać, kiedy będzie "rynek" itd. itp. Dla PR-owca jest to temat sam w sobie, kolejna rzecz do PR-owego "ogrania". A takich tematów jest przecież mnóstwo i cały czas przybywają nowe. Pod tym względem ja i PR-owiec prezentujemy dwa zupełnie różne punkty widzenia. Nie lubię kiedy PR-owiec zaczyna rozmowę od słów: "Mam pomysł na temat" albo "a może byśmy pomogli coś Panu napisać?". Przecież od razu wiadomo, o co Mu chodzi ;) DK: Czy w ciągu ostatnich kilu lat widać jakieś istotne zmiany w tym w jaki sposób kontaktują się z dziennikarzami agencje PR? TW: PR-owcy i agencje częściej wykorzystują serwisy społecznościowe. PR-owcy przysyłają zaproszenia np. w Goldenline czy Facebooku, agencje mają konta na Facebooku, Blipie. Podstawową formą kontaktu PR-owca z dziennikarzem pozostaje email, czasem podparty kontaktem telefonicznym. Niestety, połowa z informacji prasowych wciąż jest pisana sztucznym językiem, nowomową, której sami PR-owcy chyba nie lubią, ale wydaje im się, że tak lepiej, mądrzej. Bzdura. Z trudnego polskiego języka robią jeszcze trudniejszy. Inną, częstą cechą informacji prasowych są zdania, które nie zawierają w sobie żadnej informacji, treści. Po co więc pisać dla samego pisania? DK: Czy dziennikarze często bazują na informacjach PR? A Jeśli tak to w jaki zakresie? TW: Obserwując media reklamowo-marketingowe, zarówno te drukowane, jak i elektroniczne mogę powiedzieć stanowczo: tak, dziennikarze często, zdecydowanie zbyt często bazują na informacjach PR. Są media bazujące wyłącznie na takich informacjach, przez co tracą na newsowości i stają się mniej ciekawe. Media bazujące na kontencie własnym są w mniejszości. Moi przełożeni wymagają ode mnie informacji własnych/ekskluzywnych, czyli takich, które pojawią się tylko u nas. Tym bardziej, że branża jest malutka i prawie wszyscy prawie wszystko mają. Poza tym większość ze zdobytych przeze mnie informacji trafia do dziennego newslettera, czyli produktu płatnego, a przecież wiadomo, że nikt nie będzie chciał płacić za informacje, które przeczyta za darmo w co drugim serwisie internetowym. Newsowy charakter mojej pracy często powoduje niezrozumienie u PR-owca. Spotkałem się z ironiczną opinią na forum jednego z dużych reklamowych wortali, że pisanie informacji własnych to dopiero ciekawa praktyka... To najlepiej pokazuje jak niektórzy odbierają media branżowe: copy paste i do przodu. Informacje PR-owe, inspirowane PR-em są coraz bardziej widoczne również w mediach ogólnopolskich, szeroko profilowanych. Co ważne: PR-owca nigdy lub prawie nigdy nie traktuję jako źródła informacji. To dla mnie osoba pomocna w dotarciu do kogoś z kim chcę porozmawiać, przyspieszająca ten kontakt. Są oczywiście wyjątki. DK: Czy wierzy pan PRowcom? TW: Generalnie: nie. Bo zbyt często mają zupełnie inne cele niż ja. Im chodzi o zaistnienie produktu/klienta/tematu, który reprezentują, a nie o to, żeby mój tekst był ciekawy, fajny, newsowy. DK: Czy myślał Pan kiedykolwiek aby zostać PRowcem? I jeśli tak lub nie to dlaczego? TW: Tak, bo dla dziennikarza branżowego piszącego o reklamie i marketingu to najkrótsza droga do zmiany pracy i - często - większych pieniędzy. Nie, bo nie lubię dróg na skróty :) Nie, bo z mojej perspektywy PR wydaje się nie być zajęciem specjalnie ambitnym i rozwijającym. Nie znaczy to jednak, co chcę podkreślić, że PR-owcy to ludzie mało ambitni i mało rozwinięci, choć tacy oczywiście się zdarzają. Nie, bo PR-owiec dużo częściej niż dziennikarz staje w roli petenta. Nie, bo jestem zbyt asertywny, a musiałbym nauczyć się robienia dobrej miny do złej gry oraz bycia miłym zawsze i wszędzie, byle tylko osiągnąć założony przez szefa cel. Nie, bo nie podoba mi się to, że w znakomitej większość PR-owcy stawiają na ilość i lenistwo dziennikarzy. Nie, bo uważam, że niczego jeszcze w życiu nie osiągnąłem, a jak PR-owiec nie osiągnę na pewno :) Nie mówię jednak - nigdy nie będę PR-owcem, bo tego nie wiem DK: Dziękuję za odpowiedzi ;)
A teraz seria pytań do Marcina Grządki – ex dziennikarza, ex PRowca (swego czasu w Onet.pl) a teraz postaci z własnej agencji PR (butiku?). Marcin Grządka - ŁubudubuPR DK: Dlaczego zdecydowaliście się na własną działalność a nie np. współpracę z „dużą agencją”? MG: Zdecydowanie nie podoba nam się standard PR-u na polskim rynku i powiedzieliśmy sobie (zresztą już dłuższy czas temu, tylko dojrzewaliśmy do ostatecznej decyzji przez jakiś czas), że nie będziemy dawać się wtłaczać w tę bylejakość i totalne niezrozumienie tematu - lepiej założymy swoją agencję i będziemy wcielać w życie swoją wiedzę, swoje wyczucie i swoje "ideały"... :-) DK: W czym mała, nowa agencja jest lepsza od „dużej uznanej agencji”? MG: W zasadzie tak jak postrzegam to "ja, tu i teraz", to młoda mała dynamiczna agencja jest od starej stetryczałej lepsza we wszystkim, jakkolwiek buńczucznie by to nie brzmiało. Jedyne w czym duża agencja ma nad nami przewagę to możliwość obsłużenia dużego klienta/dużego projektu od ręki. My, gdyby taki klient do nas przyszedł, musielibyśmy przeprowadzić rewolucję w naszej koncepcji "studia PR", czy "butiku PR", jak zwał tak zwał. Wygrywamy całą resztą: elastycznością, kreatywnością; tym, że klient otrzymuje do stałej współpracy dwóch zaangażowanych "seniorów", a nie jednego "juniora"; cenami, zrozumieniem mediów i dziennikarzy, zrozumieniem internetu i szans jakie daje, wreszcie zrozumieniem samej istoty PR-u, której w agencjach 99 proc. ludzi nie pojmuje. Bo agencje przeważnie myślą: nap... klientowi press releasy, od czasu do czasu zrobimy mu jakąś konferencję i jakoś to będzie. I jeszcze czasem w ramach większego zaangażowania wejdźmy dzienniakrzom na głowę i zawracajmy gitarę, czy aby na pewno skorzystał z naszego press release'a, a jeśli nie daj Boże nie skorzystał, to kiedy łaskawie skorzystają... DK: Czy wasi klienci boją się „nowych mediów”? W dyskusji nad „kondycją polskiego PR” to właśnie klienci są wskazywani jako „źródło niewyedukowanego zła”? MG: Jeśli chodzi o to, czy klienci boją się nowych mediów, to trochę zależy od tego, jak zdefiniujemy "nowe media". Ponieważ my uderzamy do klientów raczej mniejszych niż większych, to dla naszego targetu nowym medium jest internet jako taki. Na szczęście większość już wie i rozumie, albo próbuje rozumieć, że to ważne. Chociaż nadal trzeba gorąco tłumaczyć, że ukazanie się informacji w portalu nie jest gorsze od ukazania się tej samej informacji w papierze, a być może lepsze. Natomiast jeśli mowiąc "nowe media" masz na myśli np. social, to ... hmm.. w sumie ciężko mi sie wypowiadać jakoś sensownie, bo działamy dopiero dwa miesiące, ale pierwsze doświadczenia w tym obszarze są dość ciężkie :-) tzn. wszyscy "coś gdzieś" słyszeli, ale zupełnie jeszcze nie ma poczucia jak świetne rzeczy można tam robić... DK: Jaka jest wasza ocena polskiego rynku PR? W jaki sposób zestawiłbyś polski PR np. z rynkiem reklamy? Jakie są największe grzechy polskiego PR? MG: Ocena polskiego rynku PR jest u mnie słabiutka. Jako dziennikarz współpracowałem przez 10 lat bez żadnej przesady z kilkoma setkami PR-owców. A takich których cenię wyliczyłbym pewnie kilkanaście osób. Główne grzechy? Wyliczam top of mind (na pewno coś mi się jeszcze potem przypomni, to się dopiszę do dyskusji na Twoim blogu :-):
Jeśli któryś z tych punktów Cię szczególnie zainteresuje, a nie jest jasne co mam na myśli, to służę rozwinięciem :-) DK: Czego najbardziej nie lubisz w ocenie zawodu PRowca? MG: Nie jestem pewien czy dobrze rozumiem Twoje pytanie. Ale odpowiadam tak jak zrozumiałem :-) Nie lubię tego, że z powodu wielu idiotów "z Wiejskiej i okolic" PR jest dziś postrzegany jako coś totalnie szemranego. Bo politycy od kilku lat każdy niewygodny wątek zamykają wytrychem: "to zagrywka pijarowa", "to tylko pijar", "to czarny pijar"... Nie lubię też tego, że kiedy ludzie mówią PR-owiec, myślą "wyszczekany dupek noszący modne krawaty" i generalnie chodzi mu o to, żeby "wcisnąć jakiś kit". Niestety na takie postrzeganie branża sama sobie zasłużyła. I dlatego wielu dziennikarzy wsadza PR-owców do szufladki z napisem "marketoid"... DK: ok. Dzięki za podzielenie się opiniami. Ten wpis jest częścią dłuższego wątku zapoczątkowanego poniższymi wpisami i komentarzami pod nimi:
poniedziałek, 30 listopada 2009
Czyli dyskusji ciąg dalszy. Tytuł tego wpisu zaczerpnąłem z jednego z komentarzy pod poprzednimi wpisami (dzięki Szymon). Symptomatyczne jest to, że takie określania choć dobrze zdajemy sobie z tego wszyscy sprawę funkcjonują w naszym żargonie, to niezwykle rzadko przenikają do tak zwanej debaty publicznej. Analizując komentarze pod porzednimi wpisami wynotowałem kilka nowych lub rozszerzających poprzednie spostrzeżeń. Oto one:
Aby choć część z tych i wcześniejszych postulatów urealnić - co w mojej opinii jest ważne poprosiłem o wypowiedzi nt PR kilku dziennikarzy oraz przedstawicieli nowych, małych agencji PR (do których to ponoć - z jakiegoś powodu - odchodzą "talenty" z dużych agencji lub i klientów). Mam nadzieję, że to wzmocni dyskusję. Brakuje mi tylko trochę głosu świata nauki (zarzuty były). Wpisy do których odnosi się niniejszy:
środa, 25 listopada 2009
Jednym słowem - w nawiązaniu do mojego poprzedniego postu na temat kondycji public relations w Polsce poniżej krótkie streszczenie wątków, które pojawiły się podczas dyskusji blogowej. Dziękuję wszystkim zaangażowanym w dyskusję (i mam nadzieję na ciąg dalszy :). W moim odczuciu była dosyć przekrojowa, bowiem zaangażowały się w nią osoby z różnych stron rynku: klienci (Orange/TP, BZWBK, Pracuj.pl), agencje (Euro RSCG Sensors, Havas, Publicon), wydawcy (Gazeta.pl, Bankier.pl), social media (Nasza-klasa.pl, blogerzy), naukowcy i wykładowcy (WSIiZ, Politechnika Koszalińska) oraz profesjonaliści branży. Część z osób wypowiadających jest zaangażowana poza codzienną pracą w inne projekty – od prowadzenia blogów, po udział w pracach różnych organizacji, co niewątpliwe daje szerszy ogląd na sprawę (IMHO). Dziękuję również wszystkim tym, którzy z różnych powodów nie chcieli wypowiedzieć się w komentarzach, a przekazali mi mailowo lub telefonicznie swój pogląd w tej sprawie. Co równie ważne, okazuje się że branża public relations – przynajmniej w pewnej części POTRAFI korzystać z blogów (nice!) i wie do czego one służą (zgryźliwość zamierzona). Poniżej to co udało mi się wynotować w kwestii „problemów public relations”:
Uff, trochę się tego zebrało. Szczerze powiedziawszy – moje pierwsze wrażenie jest takie, że branża PR ma naprawdę problem. Nie sądzę, aby działając w pojedynkę dało się rozwiązać większość z nich. Tak, czy inaczej postaram się na moim blogu pociągnąć dyskusję na temat poszczególnych zagadnień wymienionych powyżej – w oddzielnych wpisach. Myślę bowiem, że zajmując się kolejno wskazanymi problemami (jeśli nimi rzeczywiście są) będzie można szukać jakiś rozwiązań/odpowiedzi. Finalnie taka dyskusja sieciowa może nas doprowadzić do otwartych rozmów podczas Kongresu lub nakierować go programowo. |
Archiwum
Ostatnie notki
Zakładki:
Blogi
Blogi agencji interaktywnych
Blogi mediów
Blogi znajomych
Linki
|